Był kiedyś czas, gdy świat wyglądał zupełnie inaczej. Tak bardzo inaczej, że nie poznalibyśmy naszych domów ani ulic, przy których stoją, ani nawet miast, w których są te ulice, wszystko było bowiem niczym czysta kartka, nienamalowany jeszcze obraz, po którym błąka się jedynie szum wiatru.
Ta pustka była jednym z ulubionych miejsc Budowniczego Gór. Był jej koneserem, smakował ją jak cukierki, potrafił rozróżnić co najmniej czternaście różnych rodzajów pustki, którą potrafił wypełnić niezwykłymi konstrukcjami na co najmniej czterysta sposobów.
Letnimi wieczorami wypływał czasami swoją łódką na środek jeziora, skąd w ogóle nie było już widać brzegu, i wsłuchiwał się w powietrze ślizgające się po wodzie. Z rzadka pobrzmiewające bzyczenie owadów i bulgot wody przynosiły mu często pomysły na nowe wynalazki.
Budowniczy Gór swoje przezwisko zawdzięczał najbardziej znanej ze swoich budowli – sztucznej górze z setek szklanych tafli, potrafiącej wygrywać różne melodie, w zależności od tego, z której strony opływało ją powietrze. Nie było jednak takiego przedmiotu lub budowli, którego Budowniczy nie potrafiłby skonstruować. Tworzył ze stali i drewna, ale potrafił też w swoim warsztacie wytwarzać najprawdziwsze rośliny, skały, a nawet potoki.
Zimą Budowniczego nie zasypał śnieg, ale praca. Przyszło mu budować miasta, kostka po kostce, ulica po ulicy, latarnia po latarni i budynek po budynku. Było to zadanie ciekawe, ale mozolne, wypełnione chlupotem lejącego się betonu i szczękami stalowych zbrojeń. Nie na darmo jednak Budowniczy mianował się specjalistą od konstrukcji wszelakich – by ułatwić sobie zadanie, skonstruował pełną rur, kół zębatych, pasów, kabli i kominów maszynę do budowy miast, która wciągała puste miejsca i jak magicznym ciastem wypełniała je pulsującą metropolią. Maszyna trzęsła się i podskakiwała, mozolnie budując miasto. Budowniczy usiadł w fotelu obok i po chwili zasnął. Od lat wiadomo, że jednostajne dźwięki usypiają nie tylko dzieci.
Tak minęła wiosna i lato. Jesienią Budowniczy zbudził się gwałtownie, kiedy przyśniło mu się, że zostawił maszynę do budowy miast włączoną. Z przerażeniem spostrzegł, że istotnie – zostawił maszynę do budowy miast włączoną. Wcisnął przycisk i ruszył przed siebie, miasto jednak zdawało się nie mieć końca. Po horyzont ciągnęły się linie krawężników i szpice wieżowców. Pustka zniknęła, skutecznie wypełnił ją gwar i klaksony samochodów. „Chyba troszeczkę przesadziłem z tymi usprawnieniami…”, pomyślał zakłopotany.
Gdy nadszedł jesienny wieczór, z warsztatu wytoczył się rower, zmieniony przez Budowniczego w niezwykły wóz, pełen tajemniczych narzędzi i urządzeń. Głęboką nocą, gdy mieszkańcy spali, zakradał się w różne miejsca miasta i zmieniał je w plamy dawnej pustki – w naturę. Na skwerach wyrastały kwiaty i drzewa, betonowe bloki zmieniały się w skały, ze studzienek wypływały rzeczki i strumienie. W rynnach zamieszkały ptaki, a nowo powstałe klomby odwiedzały przeróżne gatunki owadów. Przed świtem wóz znikał, a ludzie cieszyli się odmienionym sąsiedztwem.
Wiele lat później ktoś spotkał Budowniczego w drodze na skraj miasta i usłyszał od niego tę historię. Przekazał ją dalej, a kilka dni później wozowi towarzyszyła cała parada mieszkańców, chcących pomóc w jego dziele dzielenia miasta z naturą. Czasy były to dawne, nie zachowało się więc żadne zdjęcie, jako że nie znano jeszcze wtedy fotografii. Po tym wydarzeniu została jednak narysowana ołówkiem na starym pergaminie mapa, która czeka, aż dziś ktoś wyruszy śladem Budowniczego Gór. Jest to szczególnie trudne, bo droga nie zawsze zaznaczona jest grafitową linią. By zrobić pierwszy krok, należy dobrze wsłuchać się w dźwięk wygrywany przez szklaną górę…
Amadeusz Nosal