Stoję, tańczę, walczę
Gdybyśmy szukali formy syntetycznie wyrażającej skomplikowane doświadczenie afrykańskiej diaspory, być może warto byłoby rozważyć capoeirę. To sztuka walki udająca niewinny taniec, a jednocześnie obrzęd służący duchowej inicjacji, z właściwą sobie muzyką, rytmami, instrumentami. Do tych ostatnich należą między innymi berimbau oraz pandeiro. Pierwszy to po prostu łuk wzbogacony o rezonator z tykwy, w dojrzałej postaci przywieziony do Brazylii z Angoli jako instrument niewolników (obie krainy wraz z większością Atlantyku stanowiły przecież, zgodnie z postanowieniami traktatu z Tordesillas, domenę Królestwa Portugalii). Droga pandeiro, bliskiego krewnego znanego i u nas tamburynu, była o wiele bardziej skomplikowana: biegła z Egiptu przez Bliski Wschód, ścieżkami krzyżowców do Portugalii i dalej przez Atlantyk. Dopiero w Brazylii instrument osiągnął pełną dojrzałość, w rękach takich wirtuozów jak Sérgio Krakowski stając się samodzielnym zestawem perkusyjnym. Z kolei współczesny kompozytor Alexandre Lunsqui udowodnił, że archaiczna surowość berimbau ukrywa eksperymentalne bogactwo i nieprzewidywalność.